Szedł powoli chodnikiem z zasuniętym kapturem a głowę. Padał lekki deszcz. Co chwila rozchlapywał butami jakąś małą kałużę. Szedł do okulisty. Dawno miał to zrobić, lecz nieudolne próby zawsze coś przerywało, a to kumple z ćpalni, czy jakiś duch wplątał mu się pod nogi. Teraz pewnie kroczy przed siebie i nic go nie zatrzyma. Dotarł do szerokich schodów prowadzących do wielkich, drewnianych drzwi. Stąpał co dwa kroki. Uchylił drzwi uderzył go zapach lekarstw i zgnilizny. Typowe dla szpitali, lecz ten domagał się remontu, podłoga prawdopodobnie nie była nigdy wymieniana, a z sufitu sypał się gips. Podszedł do siedzącej recepcjonistki, ta siorbała kawę i szperała coś w telefonie. Korytarz, co prawda, wiał pustkami, ale to nie znaczy, że można mieć totalnie w tyle pacjentów.
- Ja do Dr. Relona. Na 13.00 jestem umówiony na wizytę. - odparł ściągając kaptur z głowy. Recepcjonistka podniosła na mnie wzrok, patrzyła z '' pod byka'' uśmiechając się lekko. To nie był typowy uśmiech.
- Panie... - zajrzała do terminarza - Griffits. Powinien pan pójść do sklepu, kupić zegarek. Jest 14.10 , a pan przyszedł na wizytę o 13... - Zaśmiała się i przekładała strony terminarza. Nie był zły na siebie, '' jakoś to będzie'' - pomyślał w duchu. Unosząc brwi odszedł od lady i pomaszerował w stronę windy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz